Fotografia nad morzem
| Podróże z aparatem |
Pod względem urlopowym ludzi w Polsce można w uproszczeniu podzielić na dwie grupy. Jedna grupa to ci, którzy jeżdżą na wakacje w góry, żeby odpoczywać w marszu, a druga to ci, którzy jadą nad morze, aby leżeć na plaży. Ja zdecydowanie należę do tych pierwszych, jednak czasami zdarza mi się pojechać w przeciwnym kierunku. Jakiś czas temu dałem się namówić znajomym na wyjazd do Kątów Rybackich. Pierwszego dnia udaliśmy się na plażę. Nie byłem z tego zadowolony, ale stwierdziłem, że spróbuję. To był koszmar.
Tłum ludzi, palące słońce, piach wchodzący wszędzie i znikąd ratunku. Siedziałem pod parasolem i marzyłem o powrocie do domu. Po jakiejś godzinie w końcu udało mi się namówić towarzystwo do pobiegania za piłką. Niestety bardzo szybko zostałem sam na placu boju. Uratowało mnie to, że wszyscy zgłodnieli. Na plażę wróciliśmy o zachodzie słońca i na szczęście było tu już dużo spokojniej.

Następnego dnia scenariusz miał wyglądać tak samo. Wszyscy szykują się do wyjścia na plażę. Ręczniki, kąpielówki, klapki. Z pokoju wychodzę ja i jakoś nie pasuję do całej reszty. Czapka na głowie, przeciwsłoneczne okulary, wygodne buty i plecak ze sprzętem fotograficznym. Drugi raz nie dałem się zaciągnąć na plażę. Wybrałem się na samotne zwiedzanie lasów Mierzei Wiślanej. Jak się okazało, było co oglądać. Zaledwie kilkadziesiąt metrów od plaży wszystko było wyludnione. Prawie nikt tam nie przyjeżdża po to, żeby chodzić po lesie, więc mogłem cieszyć się ciszą, spokojem i piękną przyrodą.

Kolejnego dnia udało mi się namówić całą ekipę na trochę inny odpoczynek. Wybraliśmy się na rejs po Zalewie Wiślanym, zwiedziliśmy Muzeum Stutthof. Jadąc do Krynicy Morskiej, przy samej drodze zauważyłem w lesie rodzinkę dzików. Kazałem zawrócić samochód i zanim kierowca to zrobił, miałem już w rękach gotowy do pracy aparat. Na ścieżkę, na której wypatrzyłem zwierzęta, weszła kobieta idąca z dzieckiem na plażę. Gdy zobaczyła dziki, stanęła osłupiała. Jej zaskoczenie spotęgowało nagłe pojawienie się koło niej fotografa. Robiłem zdjęcie za zdjęciem, ostrożnie zbliżając się do celu. Dziki jednak nie przejmowały się zbytnio ludźmi, ale trzeba było zachować ostrożność ze względu na młode. Lepiej, żeby rodzice małych warchlaczków nie poczuli z naszej strony zagrożenia. Wciąż osłupiała kobieta patrzyła to na dziki, to na mnie tak, jakby zobaczyła UFO. Gdy się do niej uśmiechnąłem, w końcu się odezwała "Czy pan wiedział, że one tu będą?". Zrozumiałem jej zdziwienie. Z jej punktu widzenia to mogło być naprawdę ciekawie. Idzie sobie spokojnie, zajmując się dzieckiem. Schodzi z szosy w las i po przejściu kilku metrów widzi przed sobą dziki. A przecież to nie jest zoo. Pewnie się zastanawia czy stać, czy uciekać. Nim zdążyła zebrać myśli, za jej plecami zatrzymuje się samochód, a z niego wypada gość z aparatem i wielkim obiektywem. Pewnie poczuła się przez chwilę jak w jakimś sensacyjnym filmie.
Po powrocie do Warszawy okazało się, że to znana rodzinka dzików i pisano o nich w prasie.

To jednak nie był koniec atrakcji. Następnego dnia znów nie dałem się zaciągnąć na plażę i ruszyłem swoimi ścieżkami. Ale o tym innym razem.





