Jak oceniasz stopień swojego zaawansowania w fotografii?
 
nowa prezentacja

Reklama
Reklama

Włochy - dziennik z podróży cz.2

Podróże z aparatem

sobota, 4 października 2008

Wczorajszy dzień spędziłem zwiedzając San Martino Al Cimino i jego okolice. Samo miasteczko jest tak małe, że obszedłem je całe w nieco ponad godzinę. Pewien Bułgar, z którym wczoraj chwilę rozmawiałem, stwierdził, że to smutne miasto. I faktycznie takie sprawia wrażenie. Stare budynki w pochmurną pogodę nie wyglądają zbyt wesoło.

Jednak ludzie chyba nie są tak smutni, jak te mury. Pogodni Włosi obsługują w miejscowym sklepie, stolarz robi Harleye na biegunach, gdzieś w garażu czterech starszych panów grało w karty, przy samej drodze przy otwartym garażu jakiś młodzieniec wykańczał wnętrze swojego boskiego starego fiata.

 

Gdy znużyło mnie już chodzenie po mieście, postanowiłem pochodzić po okolicznych lasach. Losowo wybrałem jakąś drogę i po około kilometrze skręciłem w las. Na jednym z pierwszych drzew znalazłem dziwne ogłoszenie, które wyglądało jakby było ostrzeżeniem przed dzikami. Na wszelki wypadek założyłem dłuższy obiektyw i ruszyłem sporą ścieżką w las. Tutejsze tereny leśne chyba nie są zbyt często odwiedzane. Ścieżka, którą szedłem nagle rozmyła się. Obrany przeze mnie kierunek nie posiadał żadnych znaków szczególnych. Wolałem nie ryzykować i nie błądzić, więc zawróciłem w stronę San Martino Al Cimino. Gdy już byłem w mieście, natknąłem się na drogowskaz do jeziora Vico. Było do niego tylko 3 km. Niestety pod górkę. Chodzenie szosami we Włoszech to kiepska sprawa. Wszędzie jest wąsko i trzeba się nastawić na to, że samochody będą przejeżdżać jakieś 30 cm od ciebie.

Gdy doszedłem do tablicy informującej o atrakcjach wokół jeziora, wybrałem drogę do niego przez las. I znów się okazało, że wszystkie ścieżki są ślepe. Droga, która miała mnie doprowadzić do brzegu Lago Di Vico skończyła się nagle zwalonym drzewem. Po jego drugiej stronie ścieżki po prosu nie było. Próbowałem iść dalej, jednak natknąłem się na ogrodzenie jednego z ciągnących się wzdłuż lasu sadów. Nawet udało mi się znaleźć miedzy nimi jakieś przejście, ale znów natknąłem się na drogę bez wyjścia. Do tego wszystkiego obszczekały mnie wszystkie okoliczne psy. Jeden nawet wydostał się na moją stronę siatki i szczekał jakieś 3 cm od mojej nogi. Okolica najwyraźniej nie życzyła sobie mojej obecności. I znów się poddałem i zwróciłem. Do jeziora był jeszcze spory kawałek, a robiło się już późno.

Gdy wdrapałem się na górę, z której przed chwilą zszedłem, podjąłem ostatnią próbę ratowania wycieczki. Wciąż nie miałem zdjęć jeziora. Na planie okolicy był zaznaczony punkt widokowy. I znów spory kawałek po szosie pod górę. Tym razem trafiłem do celu. Ale pech mnie nie opuszczał. Zachmurzyło się i zaczęło padać. Deszcz był na szczęście chwilowy, ale warunki do robienia zdjęć były fatalne. No cóż, nie pozostało mi nic innego, jak powtórzyć tę wycieczkę gdy pogoda będzie łaskawsza.

Jednak nie był to dzień całkiem stracony. Dowiedziałem się, że na chodzenie po tutejszych lasach trzeba mieć więcej czasu, że włoskie wiewiórki są czarne (niestety nie udało mi się tego udokumentować), że rozjechane żaby są tu większe (zrobiłem zdjęcie, ale nie pokażę) i że żyją tu jeżozwierze lub inne podobne stworzenia. Kolec jednego z nich znalazłem w lesie. Szkoda, że nie udało mi się spotkać tutejszych dzików, ale do lasu jeszcze raczej wrócę. Mam tylko nadzieję, że włoskie dziki są spokojne, tak jak polskie.


niedziela, 5 października 2008

Wczorajszy dzień nic nowego nie przyniósł. Cały dzień padało i wypogodziło się dopiero wieczorem. Za to zrobiło się strasznie zimno. Wyszliśmy jedynie do sklepu i zaskoczeni wyjątkowo niską temperaturą, szybko wróciliśmy do hotelu. Oczywiście jak zwykle zabrałem ze sobą aparat i przynajmniej jedno zdjęcie musiałem zrobić :)

Dzisiejszy poranek jest pogodny, ale bardzo zimny. Jest zaledwie 6 stopni. W teren wybieramy się dopiero koło 13-14 więc może już się ociepli.

Poranki są tu dosyć ciężkie przez włoski styl żywienia. Codziennie kolacje mamy o godzinie 20. Zawsze składają się z 4-5 dań i trwają co najmniej 2 godziny. Wczoraj byliśmy na uroczystej kolacji i było jeszcze gorzej. Do stołu podawali chyba 7 razy i skończyliśmy koło północy.

Jutro kończy się służbowy pobyt Magdy w San Martino Al Cimino i następnego dnia przenosimy się do Florencji. Zmieniamy standard na turystyczny więc raczej nie będziemy już jedli takich obfitych posiłków na noc. Na szczęście :) Fajne w nich było jedynie wino bez ograniczeń ;)


poniedziałek, 6 października 2008

Dziś czasu starczyło tylko na dojście do punktu widokowego na jezioro Vico i z powrotem. Pogoda była lepsza więc udało się zrobić trochę lepsze zdjęcia niż poprzednio. We Włoszech jest w tej chwili sezon na kasztany. Wzdłuż drogi, którą szliśmy było sporo zbieraczy. Nie brali jednak wszystkich kasztanów tylko chyba wybierali jakieś konkretne. Może gdzieś uda nam się jeszcze spróbować tego lokalnego specjału.

Mieliśmy się wybrać na miejscową pizzę, ale trafiliśmy na przerwę w pracy w lokalach. Mieli otworzyć dopiero za trzy godziny więc zjedliśmy w hotelu. Jutro ruszamy do Florencji. Może tam w końcu spróbujemy włoskiej pizzy. Makaronu mamy już dosyć :)

 

Zobacz więcej zdjęć z San Martino Al Cimino http://syrjus.pomoto.com/75578

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież